Bolszewickie pomysły Pana Lipszyca

9 paź 2009 autor: Tomasz Bakalarz

vinyl

Z lekkim poślizgiem zajmuję się na łamach Iuristy Kongresem Kultury, który odbył się w dniach 23-25 września w Krakowie. Prócz dywagacji inteligencji polskiej na temat Kultury Narodowej, mediów publicznych, już pierwszego dnia kongresu pojawił się temat prawa autorskiego, jego zakresu i ochrony. Wielkim echem wśród zainteresowanych tą tematyką odbiło się wystąpienie Jarosława Lipszyca, twórcy m.in. portalu Wolne Lektury, prezesa fundacji Nowoczesna Polska. Blogosfera grzmiała od komentarzy i tytułów, dających się streścić w słowach: „Egzekucja na Lipszycu”. Jednak dlaczego podniosła się tak wielka wrzawa? O co właściwie chodzi panu Lipszycowi?

Dane mi było poznać pana Jarosława Lipszyca kilka lat temu na konferencji poświęconej prawu autorskiemu na Uniwersytecie Wrocławskim. Jego wykład, zamykający całą konferencję, wywołał największe zaskoczenie, wielu otworzył oczy i wprawił w zakłopotanie przedstawicieli ZAiKSu. Główną tezą jego ówczesnego wystąpienia było zlikwidowanie, a przynajmniej maksymalne ograniczenie praw wyłącznych na dobrach niematerialnych, takich jak utwory. Zarysował istotny i kuriozalny problem okresu ochrony majątkowych prawa autorskich wynoszącego aż 70 lat od śmierci autora. W związku z tym zagadnieniem prawnym, prowadzony przez Fundację Nowoczesna Polska inicjatywa wolnych lektur nie może swobodnie się rozwijać. Dzieła stanowiące obecnie kanon literatury polskiej, dziedzictwo Polskiej Kultury, podlegają wyłącznej dyspozycji nie tyle swoich autorów, co spadkobierców. Swobodne rozpowszechniania dziełami literatury XX wieku jest więc w obecnej sytuacji znacznie utrudnione, by nie powiedzieć niemożliwe. Stąd mocne słowa poparcia pana Lipszyca wobec idei tak zwanych wolnych licencji. Potwierdzenie dla tej idei dały również referaty ekonomistów, wskazujące złudność celu, wręcz alimentacyjnego, majątkowych praw autorskich dla twórców. Dziś zyski z rozrywki są czerpane z koncertów, eventów w o wiele większym wymiarze niż z produkcji fonograficznej.

Na Kongresie Kultury Jarosław Lipszyc nie zmienił swoich poglądów. Nadal odważnie trzymał się postulatu w skrajnej postaci przyrównującego producentów do złodziei, zawłaszczających sobie dziedzictwo kultury. Jedynie wolna kultura może się rozwijać, jedynie swobodny do niej dostęp, gwarantowany w końcu przez Konstytucję, umożliwia postęp w tym artystyczny i estetyczny naszej kultury. Jak stwierdził, każdy z nas jest twórcą, a twórczość to wymiana nie tylko doświadczeń, ale i informacji. To przetwarzanie, kopiowanie, redystrybucja przejawów działalności twórczej, o charakterze zindywidualizowanym, w dowolny sposób ustalonej(!)

Postulaty odnoszące się do uwspółcześnienia polskiego prawa autorskiego, wobec Internetu i globalizacji spotkały się z ostrą reakcją przedstawicieli ZAiKSu. Poziom riposty prof. Henryka Kuźniaka szerokim łukiem mijał się z pojęciem kultury. Jednakże profesor podaje parę interesujących tez, iż artyście jak każdemu przedsiębiorcy powinny przysługiwać prawa chroniące jego wytwory. Można przywołać tu jeszcze jedną z amerykańskich dróg wyjaśnienia tzw. right of publicity, tj. poziomu inwestycyjnego, czyli trudu jaki autor poniósł w procesie tworzenia. Jednakże większość wypowiedzi pana Kuźniaka to sprowadzenie referatu Lipszyca do bolszewickich pomysłów. Dalej skupił się już tylko na narzekaniu na los znienawidzonego i osaczonego przez wszystkich ZAiKSu, który przecież pełni rolę społeczną. (?) Przypomnijmy, iż UOKiK ukarał ZAiKS za jego „społeczną” działalność monopolistyczną…

Problem dostępności do dób kultury przedstawiciele doktryny starają się rozwiązać na poziomie dozwolonego użytku. Jednakże ta konieczna dla rozwoju kultury instytucja jest coraz częściej zagrożona. Na łamach Zeszytów Naukowych UJ pojawiły się argumenty zezwalające na licencyjne ograniczenie tzw. dozwolonego użytku prywatnego. Sam charakter prawny dozwolonego użytku nie został jednoznacznie określony, przez co część przedstawicieli doktryny proponuje uznanie owej instytucji za prawa podmiotowe, swobodnie ograniczane między stronami stosunku prawnego – licencji. Jedynym środkiem ochrony wobec takich koncepcji jest, zdaniem Krzysztofa Gienasa, art. 5 KC. Powyższy problem nabiera większego znaczenia przy umowach adhezyjnych, coraz częstszych w stosunkach licencyjnych.

Tu pojawia się temat do burzliwej dyskusji również na Iuriście. Czy polskie prawo autorskie odpowiada współczesnym oczekiwaniom? Czy zakres praw wyłącznych ogranicza rozwój i dostęp do polskiej kultury? Czy prawo autorskie o charakterze bezwzględnym jest w ogóle potrzebne?

Komentarze: 7 “Bolszewickie pomysły Pana Lipszyca”

  1. krzysiu @ Październik 9th, 2009 11:35 am

    Polskie prawo własności intelektualnej odleciało w kosmos mówiąc obrazowo (razem z europejskim i międzynarodowym z tej dziedziny). Wyrosło poza jakiekolwiek uzasadnienie. 100 lat trwa ochrona przeciętnego utworu… W Polsce orzecznictwo idzie w kierunku przyznawania ochrony ochrony.

    Kilka uzasadnień istnienie prawa autorskiego:
    1. Szeroki zakres ochrony wpływa pozytywnie na gospodarkę (patrz Chiny i ich przestrzeganie praw autorskich a jednak rozwijają się?)
    2. ochrona twórcy – pracował niech ma korzyści, ( z jakiej innej pracy można czerpać korzyści przez sto lat kosztem użytkownika? Gdzie tu równość? Czym twórca lepszy jest od reszty ludzi?)
    3. Wspierania twórczości – jak się zastrzeże dużo to ludzie będą tworzyli więcej ( ja bym powiedział, że raczej hamowanie przy obecnym zakresie ochrony…)

    Dla mnie nie ma żadnego sensownego istnienia tak szerokiego i długiego okresu ochrony.

    Kiedy nawet działamy zgodnie z prawem korzystając z czyjegoś utworu to i tak plagą są procesy za naruszenie praw autorskich. W związku z tym ochrona realna idzie dalej niż zgodna z literą ducha.

    Prawo patentowe to jest parodia (w Australii opatentowano koło, w USA zabawę z kotem ganiającym za wiązką światła…). Szerzy się patentowanie wszystkiego żeby uniemożliwić konkurencji wchodzenie na rynek. Zastrzeganie nie swoich wynalazków (oficjalnie Microsoft w USA) . Niektóre leki są strzeżone przez paręset patentów… Tak żeby konkurencji było lżej.

    Dobra osobiste: cześć i godność są tak chronione, że taniej (według sądów polskich) wyjdzie dać komuś po pysku niż go znieważyć czy pomówić… Regulacja ta tylko krępuje swobodę wypowiedzi…

  2. Tomasz Bakalarz @ Październik 9th, 2009 6:18 pm

    Dziś prawo autorskie powinniśmy jednak postrzegać również przez pryzmat tzw. „gospodarki opartej na wiedzy”. Widza, twórczość są wartościami najwyższymi dla społeczeństwa massmediów, społeczeństwa żądnego informacji i zaawansowanych rozwiązań.
    Często tracimy z oczy fakt, iż książka bądź płyta, źródła kultury są towarami, które trzeba sprzedać. Należy włożyć określony wkład inwestycyjny dla stworzenia, wypromowania i wydania utworu. Dlaczego nie mamy tego wkładu bronić. Twórczość możemy porównać do przedsiębiorstwa jako zbioru praw majątkowych, wartości chronionych i przynoszących określone dochody, praw należących do twórcy, będących jego własnością. Dziś wielu czerpie korzyści z inwestycji poniesionych przez własnych dziadków, bądź dalszych krewnych, którzy stworzyli to „przedsiębiorstwo”. Prawo własności wszak nie wygasa, jest dziedziczone, chroni interesy gospodarcze. Dziś sedno sprawy w kwesti praw autorskich sporwadza się do rozuminia aut. praw majątkowych jako kapitału, inwestycji.
    Drugą płaszczyzną jest zaś dostęp do kultury. Wyzwaniem prawa i społeczeństwa jest pogodzenie tych wartości.

  3. Lipszyc @ Październik 9th, 2009 6:35 pm

    Sposób myślenia który koncentruje się wokół produktu i jego sprzedaży zaprowadzi nas na manowce, bo siłą rzeczy będziemy myśleć o nim w kategoriach i modelach biznesowych właściwych dla dóbr materialnych. Tymczasem informacja nie jest dobrem materialnym, i jej obieg zarówno w sensie ekonomicznym jak i kulturowym, ma zupełnie inną specyfikę. Jako ćwiczenie proponuję pomyślenie o wytworzeniu informacji jako o usłudze, takiej samej jak strzyżenie. To znacznie bliższy rzeczywistości model, a modele biznesowe za nim stojące mają zupełnie inną dynamikę. Zamiast sprzedaży piosenek – koncerty. Zamiast sprzedaży dostępu do stron internetowych – model oparty na reklamie. Sedno rozumienia aut. praw majątkowych sprowadza się do rozumienia ich jako serwisu i usługi, a nie inwestycji.

  4. Tomasz Bakalarz @ Październik 9th, 2009 8:30 pm

    Rozumiem pański tok myślenia. Jednakże obie wartości można połączyć. Z pewnością należy przyklasnąć koncepcji sprzedaży dostępu do stron internetowych, akcją reklamową na stronach. W podobnym tonie można przytoczyć pomysł Google… Darmowy dostęp do e-booków przy rekompensacie w formie reklam wydawnictw, producentów etc. Tu dochodzi do spotkania się tych powyższych dwóch wartości. Inwestycja wydawnictwa zwraca się w sposób pośredni, poprzez reklamę i być może wzrost obrotów na rynku. Google zaś otrzymuje możliwość zrealizowana pomysłu kultury powszechnie dostępnej, swobodnej wymiany myśli służącej rozwojowi kultury, czyli wspomnianej przez pana usługi wymiany informacji.

  5. Lipszyc @ Październik 10th, 2009 12:13 am

    Obawiam sie, że nie zostałem zrozumiany. Obydwu wartości nie można połączyć, bo mimo naszych chęci informacja nie będzie się zachowywać jak przedmiot. Nie ma takiej natury. Ekonomiści znają problem takich dóbr, i jest on nieźle zbadany: http://en.wikipedia.org/wiki/Intangible_good , http://en.wikipedia.org/wiki/Rivalry_(economics) , http://en.wikipedia.org/wiki/Public_good . Zabiegi prawne które mają na celu uczynienie dobra niematerialnego materialnym, a niepublicznych publicznymi skazane są na porażkę natury, rzekłbym, metafizycznej.

  6. Tomasz Bakalarz @ Październik 10th, 2009 4:33 pm

    Powyższa argumentacja byłaby dobrze przyjęta na płaszczyźnie ekonomicznej analizy prawa. Nikt nie kusi się w Polsce na zbadanie prawa autorskiego (np. kwestii dozwolonego użytku) w oparciu o metody ekonomiczne.

    Na płaszczyźnie prawa kontynentalnego konieczne jest posługiwanie się twardą literą ustawy. Musimy więc zgodzić się ze starą tezą Kopffa, że z prawnego punktu widzenia dobrem niematerialnym jest to co nazywa tak ustawodawca. Ustawodawca, z założenia racjonalny, obdarza to dobro określonymi cechami, wymaga od niego określonej formy uzewnętrznienia (ustalenia) obudowuje go prawami idealnymi oraz majątkowymi. Czyni go materialnym – postrzegalnym przez inne osoby, choć czasem ulotnym (wykład, recytacja)… oczywiście poza prawem jest to mało czytelne.

    Dlatego warto postawić sobie pytanie: jaką funkcję ma pełnić prawo autorskie, redefinicja funkcji może jedynie skłonić doktrynę do przełamania wykładni językowej ustawy.

  7. Lipszyc @ Październik 11th, 2009 11:21 am

    Założenie o racjonalności ustawodawcy pomaga zapewne w praktyce adwokackiej, gdy trzeba operować w ramach istniejącego systemu. Jeśli jednak zastanawia nas efektywność systemu i rozważamy jego zmiany, to taka perspektywa staje się zupełnie nieprzydatna. Analiza ekonomiczna jest tutaj kluczem. Nie można abstrahować od ekonomicznego aspektu praw autorskich, jeśli naszym celem jest ich zasadnicza reforma. Masz rację, że nikt w Polsce nie prowadzi takich badań, i osobiście sądzę że jest to duży problem. Nie znaczy to, że nie dzieje się tak gdzie indziej. Przykładem może być raport Gowersa http://en.wikipedia.org/wiki/Gowers_Review_of_Intellectual_Property , który uznał przyczyny ekonomiczne za główny argument przeciwko przedłużeniu praw producentów do 95 lat.

Skomentuj: